Do pewnych miejsc wracam regularnie od lat. Kiedyś moja przyjaciółka, gdy wysłałam jej smsa z Indii z treścią, że w końcu czuję się dobrze i spokojnie, odpisała – kochana, dobrze by było nie jechać aż tyle kilometrów, żeby to uczucie w sobie odnaleźć. Wiem, że to nie zmiana miejsca ma nas ukoić i dać wyciszenie, że ten stan możemy osiągnąć wszędzie, ale nie ukrywam, że tam właśnie w górach, bo o tym miejscu mowa, potrafię go odnaleźć szybciej niż na nizinach.

Jedną z praktyk medytacyjnych, której uczył mnie mój nauczyciel już dawno temu jest medytacja chodzona (ang. walking meditation). Chodziliśmy boso po trawie takiej ciepłej od słońca lub porannej jeszcze mokrej i chłodnej. Uczucia, które nam towarzyszyły mieliśmy obserwować, stąpać wolno i uważnie, w pełni świadomie stawiać stopy i reagować na odczucia płynące z ciała gdy ustawialiśmy stopę na podłożu.

Różne to były dla mnie odczucia, bardzo różne. Przeważanie na początku pamiętam znużenie, bardzo męczące dla mojego szybko na bodźce reagującego ciała doświadczenia. Każdy kolejny raz wydawał się być lepszym aczkolwiek nadal miałam z tą medytacją duży problem. Wreszcie nauczyłam się z czasem oczywiście i doświadczaniem tej mądrej praktyki, że jej pełnię osiągam chodząc po górach. Potrafię iść od 5 rano i tak w całkowitym milczeniu iść przed siebie. Tak, nie rozmawiam na szlaku. Unikam tego, jeśli już się zdarzy to tylko dlatego, że sytuacja mnie do tego zmusi. Wysiłek wspinania sprawia, że tempo marszu staje się trochę wolniejsze co powoduje pełną uważność na stawiane kroki, kontakt ze skałą, kamieniem, tym co pod stopą. Kroki stawiam wolno i z uważnością, każdy dźwięk staje się częścią tej wędrówki jaką jest uważne chodzenie.

Dopiero tam, wysoko, zrozumiałam o co chodzi w tej praktyce, czym ona jest dla mnie i co wnosi do mojego życia. Jaki efekt przynosi jej regularność. Jeśli tylko zdobywam się na jej praktykowanie tu na nizinach, czuję, że prowadzi mnie ku tej pięknej uważności w codzienności. Najtrudniejszej jaką przyszło mi praktykować.